Przyjrzyjmy się temu, co jemy Email
niedziela, 06 maja 2007 20:00

Producenci żywności i konsumenci

W połowie lat 80. dwudziestego wieku meksykańscy plantatorzy kawy poinformowali holenderską organizację pomocy Solidandad, że z trudem są w stanie wiązać koniec z końcem. - Dopóki zalew kawy na całym świecie będzie wymuszał niskie ceny, pomoc ze strony krajów uprzemysłowionych nie zda się na wiele.
Organizacja dowiedziała się przy okazji, że rolnicy i ich rodziny chorowali wskutek używania środków grzybobójczych i innych toksycznych chemikaliów, których stosowanie było akurat modne. Meksykanie musieli wszystko to znosić po to, by odlegli o tysiące mil Holendrzy - a nie oni ich rodacy - mogli delektować się filiżanką espresso lub cappuccino.
Solidandad zareagowała tworząc wraz z innymi holenderskimi grupami pomocy Fundację Maxa Havelaara. Max Havelaar był pozytywnym ...
bohaterem dziewiętnastowiecznej powieści opisującej nieludzkie traktowanie tubylców w holenderskich Indiach Wschodnich.

Fundacja opracowała logo „fair trade", które gwarantowało plantatorom stałą, wyższą od rynkowej cenę, będącą w stanie pokryć im koszty produkcji i zapewnić godne życie, wraz z całym szeregiem korzyści społecznych i środowiskowych - od prawa do organizowania się w spółdzielnie do pewnych podstawowych wymagań dotyczących bezpieczeństwa.
W odróżnieniu od niesprawiedliwej relacji, w której konsument kawy - choć nieświadomie - czerpie korzyści z cierpienia plantatora, nabywcy kawy Max Havelaar płacili drobną składkę, aby zapewnić lepsze życie rolnikom i społecznościom po drugiej stronie transakcji.
RAMKA 4-1. OPRĂ?żNIANIE OCEANĂ?W

Floty przemysłowego rybołówstwa pozawiły oceany co najmniej 90% wszystkich żyjących tam dużych drapieżników - tuńczyków, marlinów, mieczników, rekinów, dorszy, halibutów, płaszczek i flader - w ciągu zaledwie 50 ostatnich lat, jak dowodzi badanie opisane w czasopiśmie Naturę w roku 2003, „Jesteśmy tak dorzy w zabijaniu", mówi kierownik adań Ransom Myers z Dalhousie University w Kanadzie, „że nawet nie wiemy, jak wiele utraciliśmy".

Zdaniem oceanografów, którzy nie brali udziału w tych badaniach, dają one „najlepszy dowód, że wyniki połowów z ostatnich lat utrzymywały się na wysokim poziomie wyłącznie dlatego, że statki szukały i intensywnie eksploatowały jeszcze dalej występujące populacje ryb". Powszechne korzystanie z olbrzymich trawlerów (wielkich statków, które dosłownie zeskrobują wszystko z dna oceanu) i taklowców (łodzi ciągnących za sobą linki z haczykami o długości nawet kilku mil) stało się gwoŹdziem do trumny większości dużych drapieżnych ryb świata.

Kiedy olbrzymy te znikły z oceanów, mniejsze ryby uzyskały sposobność odtworzenia swoich populacji, ale tylko na krótki czas, po czym także zostały przełowione. Zdaniem współautora Borisa Worma z Instytutu Nauk Morskich w Niemczech to właśnie te większe ryby „najardziej cenimy" za ich zalety ekonomiczne i rolę odgrywaną w ekosystemach. Jeśli zginą, to samo stanie się z milionami społeczności i firm, które są od nich zależne ekonomicznie lub kulinarnie.

Powstrzymanie takiego biegu wydarzeń wymaga zdaniem ekspertów międzynarodowej współpracy. W roku 2002, na światowym Forum Ekologicznego Rozwoju 192 narody podpisały niewiążącą umowę o przywróceniu stanu ryb do maksymalnego bezpiecznego dla środowiska poziomu do roku 2015. Będzie to oznaczać zmniejszenie odsetka zabijanych każdego roku ryb przez ograniczenie kwot połowowych, obcięcie dotacji, zmniejszenie przyłowu (organizmów wyrzucanych z powrotem do morza, ponieważ nie dają dochodu) a także tworząc grupy ochrony mórz w celu uratowania stad ryb.

Na poziomie lokalnym organizacje ochrony mórz pomagają konsumentom znajdować w sklepach i restauracjach niezagrożone gatunki ryb, rozpowszechniając poręczne karty informacyjne. Są one na tyle małe, że mieszczą się w portfelu i zawierają krótką listę ekologicznych gatunków, Seafood Choices Alliance, koalicja kucharzy, hotelarzy, hurtowników, detalistów i rybaków, poszła o krok dalej. Zachęca restauracje, hotele i rynki do tego, by nie sprzedawały gatunków, których populacje szyko kurczą się.

Idea ta nie była tak zupełnie nowa. Już w latach 50 grupy takie, jak Oxfam w Wielkiej Brytanii, Ten Thousand Wlages w Stanach Zjednoczonych i Stichting Ideele Import w Holandii oferowały produkty pochodzące z krajów rozwijających się. Jednak oddziaływanie takich „sklepów Trzeciego świata" było ograniczone, a rynek niewielki. Prawdziwą innowacją Fundacji Maxa Havelaara było „wprowadzenie żywności spod znaku fair trade na rynek masowy i nawiązanie współpracy z przedsiębiorstwami handlowymi", jak ujęła to Rita Oppenhuizen, zajmująca się w Fundacji sprawami public relations.

Piętnaście lat po pojawieniu się w rotterdamskim porcie pierwszej paczki kawy z etykietą Max Havelaar markę tę można spotkać w co najmniej 9 na 10 holenderskich supermarketów. Zdobyła ona ponad 3 procent kawowego rynku. Kawę Max Havelaar podaje się w niższej izbie Parlamentu, większości ministerstw i samorządów lokalnych. W roku 1993 wprowadzono czekoladę opatrzoną marką Max Havelaar - wykorzystuje ją czterech największych wytwórców produktów czekoladowych w Holandii.

Miód pojawił się w 1995. Pierwsze banany z certyfikatem Max Havelaar przybyły w roku 1996 (i stanowią dziś 5 procent holenderskiego rynku), a herbata w 1998.
PóŹniej koncepcja uczciwego handlu żywnością została jeszcze rozwinięta. W Stanach Zjednoczo¬nych organizacja United Fruit Workers uruchomiła kampanię dotyczącą jabłek, polegającą na współpracy między pracownikami farm, plantatorami jabłek i supermarketami, zmierzającej do zapewnienia pracownikom sadów - z których wielu to imigranci - uczciwej płacy, prawa do tworzenia organizacji oraz dostępu do podstawowych świadczeń pracowniczych. Właściciele gospodarstw w Wielkiej Brytanii pracują nad rozszerzeniem „fair trade" na produkcję lokalną argumentując, że kaprysy wolnego handlu i konsolidacja agrobiznesu doprowadziły do upośledzenia wiejskich terenów tego kraju w równym stopniu, jak Afryki.