W sierpniu 2001 roku Sejm przyjął Strategię rozwoju energetyki odnawialnej i tym samym potwierdził narodziny
nowego sektora energetycznego, sektora energii odnawialnej.
Dokument wskazuje na korzyści społeczne, potrzebę szerokiego zaangażowania obywateli i samorządów terytorialnych
w rozwój lokalnej energetyki odnawialnej.
Ale w ślad za przyjęciem Strategii nie poszły jednak oczekiwane konkretne działania prawne i wykonawcze.
Czynniki decyzyjne nie były faktycznie zainteresowane rozwojem nowego sektora. Odbyło się kilka spotkań
specjalnie powołanych zespołów wdrożeniowych, których aktywność i możliwości działania w krótkim czasie
rozpłynęły się w morzu niemożności politycznej. Powstał wprawdzie poselski projekt ustawy o racjonalnym
wykorzystaniu odnawialnych Źródeł energii, ale dogorywa gdzieś w podkomisji sejmowej nie mając, na szczęście
najmniejszych szans na regulowanie czegokolwiek.
W tym miejscu nie byłbym obiektywny gdybym nie wspomniał o tym, że coś się jednak z nowymi Źródłami energii
poruszało.
To inicjatywy oddolne, prywatni inwestorzy którzy w miarę swoich, często małych możliwości, montowali kolektory
słoneczne na dachach i instalowali kotły na biomasę.
Ruszyła też edukacja. W Bielawie i Pile powstały szkoły słoneczne a niektóre wyższe uczelnie wprowadziły do
programów nauczania wykłady o nowych technologiach energetycznych.
Do chwili obecnej powołane do życia studium podyplomowe na warszawskiej politechnice nie ruszyło - powód
brak chętnych- komentarz D.G.
ZnaleŹli się również prawdziwi ryzykanci
budujący farmy wiatrowe i elektrownie wodne mający za sprzymierzeńca tylko kulawe Rozporządzenie Ministra
Gospodarki o obowiązku zakupu zielonej energii przez zakłady energetyczne oraz nadzieję, że nikt w
międzyczasie nie będzie przy nim majstrował.
W praktyce inwestycyjnej i biznesowej ginęły prospołeczne cele Strategii, a przy nieścisłościach przepisów
prawnych, o rozwoju sektora decydowały żelazne zasady rynku i interesy silniejszego (często monopolisty), np.
zakładów energetycznych decydujących o dostępie do sieci i warunkach sprzedaży energii.
Zgodzę się, że opis jest może trochę sarkastyczny, ale ta właśnie forma najwierniej ujmuje ducha tej
rzeczywistości.
Idea Strategii jest jednak zbieżna z celami Unii Europejskiej i powróciła ponownie, jako problem dla rządu
i wyzwanie dla Polski, przy dyskusji warunków implementacji w Polsce dyrektyw UE dotyczących energetyki
odnawialnej.
Odsłona pierwsza - inscenizacja
Ministerstwo środowiska, w lipcu 2003 roku, czyli przednówku wejścia Polski do Unii Europejskiej, zamówiło u
uznanej w sektorze energetyki odnawialnej organizacji opracowanie projektu Ustawy o odnawialnych Źródłach
energii.
Wyznaczono krótki termin realizacji a w związku z tym, czasu na szeroko rozumiane konsultacje społeczne
projektu było niewiele. Jednak zainteresowane towarzystwa, organizacje i urzędy przekazały swoje uwagi do
projektu i ewentualne propozycje zmian. Po korektach projekt trafił na czas do Ministerstwa.
Ujmował cały sektor energetyki odnawialnej w sposób kompleksowy, bez wyróżniania jakiegokolwiek z rodzajów
Źródeł energii odnawialnej ani instytucji działających w tym sektorze, ani, jak się wydaje, żadnej z grup
interesów.
Zakładał, że Polska osiągnie zobowiązania międzynarodowe przy jak najmniejszych kosztach, a jednocześnie przy
jak największych korzyściach gospodarczych (rozwój przemysłu i rozwój regionalny) i społecznych
(tworzenie miejsc pracy), co wydaje się być zgodne z tzw. interesem publicznym.
Można było oczekiwać, że poddany wcześniej konsultacjom projekt, będzie jeszcze ulegać pewnym modyfikacjom w
Ministerstwie, ale stało się inaczej. Ministerstwo zamieniło się w salon czarnej magii.
Po południu, dnia 12 listopada członkowie Zespołu sterującego pracami nad projektem otrzymali inny, odrębny
projekt Ustawy, opracowany przez Departament Instrumentów Ochrony środowiska w Ministerstwie, a dotychczasowy
dosłownie wyparował.
Projekt departamentu był zdecydowanie bardziej "wyrazisty". Wyróżniał niektóre Źródła energii i dawał więcej
kompetencji wybranym graczom na rynku zielonej energii, zwłaszcza sektorowi przesyłu energii elektrycznej, a
jednocześnie ograniczał rolę samorządów terytorialnych oraz wsparcie bezpośrednio adresowane do sektora
energetyki odnawialnej.
Szeroko rozumiane konsultacje społecznie trzeba było zaczynać od nowa. Wspomniane towarzystwa, organizacje i
urzędy z krzykami oburzenia, lecz nie mając innego wyjścia, zmierzyły się z nowym projektem. A tu nastąpił
kolejny cud.
W dniu 22 grudnia Departament przesłał drogą elektroniczną swój "lekko" zmieniony projekt Ustawy z prośbą o
przedstawienie uwag i propozycji zmian w dniu następnym. Ktoś kto ma tylko niewielkie wyobrażenie o złożoności
problemów związanych z proponowaniem zmian w aktach ustawodawczych w najlepszym razie dostałby zapaści.
Spotkanie w Ministerstwie było bardzo burzliwe, a jego wynikiem kolejna, znowu "lekko" zmieniona, wersja
projektu Ustawy, ponownie rozesłana do zainteresowanych z prośbą o przesłanie opinii. Wysłano ją według
rozdzielnika przy czym w tym miejscu objawił się następny cud.
Na rozdzielniku zabrakło co najmniej kilku znanych organizacji publicznych i stowarzyszeń działających w
sektorze energetyki odnawialnej oraz samorządów terytorialnych, a znalazła się pokaŹna grupa podmiotów
związana z energetyką zawodową w tym np. spółka prawa handlowego Bio-energia Esp powołana w 2000 roku, uznana
za strategiczną spółkę grup kapitałowych PSE, Elektrowni szczytowo-pompowych i Górnictwa Naftowego, czyli
konwencjonalnego sektora energetyki.
Odsłona druga- kulisy
Polska jako jeden z wielu krajów podpisała i ratyfikowała protokół z Kyoto, protokół który zobowiązuje do
redukcji emisji gazów cieplarnianych będących główną przyczyną postępującego ocieplenia klimatu. Dla każdego
kraju określony został poziom emisji, którego nie może przekroczyć.
Kraje ubogie, w których rzeczywisty poziom emisji jest znacznie niższy od przyznanego, mogą brać udział w
handlu emisjami i odsprzedawać prawa do nich innym krajom, partnerskim. Jak dotychczas funkcjonuje to w
ramach tak zwanego mechanizmu wspólnych wdrożeń a od stycznia 2005 roku powstanie w Unii wolny rynek handlu
emisjami, obejmujący również Polskę.
Do tego czasu musi zostać sporządzona lista polskich przedsiębiorstw, które będą mogły w nim uczestniczyć.
Kto będzie o tym decydował, kto będzie nadzorował, monitorował, i weryfikował operacje na tym rynku, ten
opanuje potężny segment gospodarki z przynależnym mu kapitałem.
Z racji starszego, najbardziej predystynowany do odegrania tej roli jest stary, konwencjonalny sektor
energetyczny, przez lata dotowany, okrzepły w metodach obrony swoich interesów i czujnie rozglądający się za
nowymi możliwościami powiększania wpływów. Już sama struktura organizacyjna przypomina nieprzejrzystą sieć
powiązań i zależności, również personalnych, której zgłębić nie potrafią nawet sami zainteresowani.
Do tej pory skutecznym w bronieniu interesów "energetycznej unii personalnej" jest dyrektor Departamentu
Instrumentów Ochrony środowiska w Ministerstwie środowiska pan Wojciech Jaworski.
Od momentu obrony pracy doktorskiej na temat emisji gazów do atmosfery, czyli od 1981 roku, związany jest ze
starą energetyką i w niej ten temat prowadził aż do objęcia ponownie dyrektorskiego fotela w Ministerstwie w
sierpniu ubiegłego roku. W 2001 roku uruchamiał projekt badawczo-rozwojowy pod tytułem "Mechanizmy
wspomagające wypełnienie globalnych limitów emisji zanieczyszczeń - handel emisjami" w PSE SA (Polskie Sieci
Energetyczne SA), a już jako dyrektor Departamentu Instrumentów Ochrony środowiska, po podmianie projektów
Ustawy o odnawialnych Źródłach energii, wprowadził zapis dopuszczający pomoc publiczną na realizację zadań
objętych mechanizmem wspólnych wdrożeń, o których uruchomieniu decyduje kierowany przez niego departament,
najpierw do 100% , a po protestach wpisał w ostatniej wersji projektu 50%.
Tak czy tak stworzył sobie instrument decyzyjny podwyższający jego pozycje w przedsiębiorstwach energetycznych
i u inwestorów przystępujących do redukcji emisji w ramach mechanizmu wspólnych wdrożeń, a myślących już
poważnie o handlu emisjami na dużą skalę, który także będzie regulowany ustawowo.
Lepszego niż ustawowe zabezpieczenia interesów dla "energetycznej unii personalnej" po prostu niema. Kilka lat
wcześniej stara energetyka otrzymała podobny prezent od Ustawodawcy w postaci kontraktów długoterminowych na
zakup konwencjonalnej energii po określonej cenie, które zabezpieczały inwestycje w modernizację przedsiębiorstw
energetycznych na długie lata . Uwolnienie się od nich, będące jednym z warunków przystąpienia do UE i uczestnictwa w wolnym rynku energii, ma
kosztować polskiego podatnika ok. 15 miliardów złotych. W pracach nad przygotowywaniem tych kontraktów brał
udział również dyrektor Jaworski, a główne narzędzia realizacji kontraktów znalazły się w rękach PSE S.A..
Kolejny zapis w projekcie Ustawy o odnawialnych Źródłach energii to zaliczenie metanu pochodzącego z
odmetanowania kopalń węgla kamiennego i ropy naftowej do nośników odnawialnych energii. Tak, jak długo
zajmuję się energetyką odnawialną ( już 15 lat) nie słyszałem, aby taki metan należał do zasobów odnawialnych.
Ale interes nasza "unia" w tym też ma.
W pierwszej wersji Ustawy, wg Jaworskiego wpisano Agencję Rynku Energii SA, jako odpowiedzialną za prowadzenie
statystyki dotyczącej Źródeł energii odnawialnej. Ten zapis to kolejne kuriozum, po pierwsze z powodu
wprowadzania do zapisów Ustawy spółki prawa handlowego, a po drugie, Agencja powiązana jest kapitałowo nie z
nowym sektorem energetycznym tylko z PSE SA.
PSE S.A. dostały też w pierwszej wersji projektu Jaworskiego prawo wystawiania tzw. świadectw pochodzenia
zielonej energii oraz będących przedmiotem obrotu (podobnie jak w przypadku handlu emisjami) tzw. certyfikatów
zielonej energii, czyli prawo do kontrolowania rynku i czerpania z niego korzyści. Dzięki sprzeciwowi Prezesa
Urzędu Regulacji Energetyki, Leszka Juchniewicza zapis ten zniknął, ale dyrektor Jaworski zostawił sobie
otwartą furtkę, pozwalającą na swobodne wybranie podmiotów aktem ustawodawczym niższej rangi jakim jest
rozporządzenie (właściwego Ministra), aby uciszyć krytyczne głosy.
Odsłona trzecia - finał
Od handlu emisjami do rynku świadectw pochodzenia i zielonych certyfikatów, instrumentów powiązanych z
produkcją zielonej energii, jest nie daleka droga. Ich wydawanie, rejestrowanie, umarzanie i handel też będzie
regulowane na wolnym rynku. Kto ten rynek wcześniej rozpozna i opanuje ten wygra. Niewątpliwie dobrym
strategiem i graczem jest prezes Towarzystwa Elektrowni Wiatrowych VIS VENTI, pan Jarosław Mroczek.
Dobrym strategiem musi być, aby sprostać konkurencji, a dobrym graczem, bo takie prawa dyktuje polska
rzeczywistość.
Odnawialne Źródła energii to w jego wydaniu farmy wiatrowe. W krótkim czasie stał się importerem elektrowni
wiatrowych i wyłącznym przedstawicielem w Polsce jednej z największych światowych firm produkujących
elektrownie VESTAS oraz największym krajowym developerem farm wiatrowych. Bezpośrednio doprowadził do
wybudowania dwu największych farm o łącznej mocy zainstalowanej 48 MW, co stanowi 80% całkowitej mocy
zainstalowanej w elektrowniach wiatrowych Polsce. Ostatnia inwestycja to 30 megawatowa farma wiatrowa w
Zagórzu, największa w Polsce.
Myśląc perspektywicznie założył przy swojej firmie, wspierające jego interesy wyżej
wspomniane Towarzystwo, a te z kolei stało się współzałożycielem Polskiego Towarzystwa Certyfikacji Energii
(tej zielonej), potwierdzając przy tym, że jest także skutecznym lobbystą. I tutaj zbiegają się interesy
"energetycznej unii personalnej" z interesami prezesa Mroczka. Pozostali założyciele Towarzystwa to w większości
podmioty związane z energetyką konwencjonalną.
Wspólnota interesów to rynki zielonych certyfikatów, świadectw pochodzenia i emisji.
Przy okazji, farmy wiatrowe bez problemów mogą sprzedawać produkowaną energię elektryczną do sieci spółek
dystrybucyjnych koncernów energetycznych. A właściciele małych elektrowni wodnych mają z reguły terminowe,
często tylko dwumiesięczne, umowy na odbiór produkowanej energii i nie wiedzą, czy zostaną kolejny raz odnowione.
Tutaj może mógłby pomóc dyrektor Jaworski i podpisać kontrakty długoterminowe na zakup zielonej energii, tak
jak już to kiedyś zrobił dla energetyki zawodowej. Byłby to duży wkład w rozwój nowego sektora, większy od
regulacji zawartych w jego projekcie Ustawy.
Towarzystwo Vis Venti, jako jedyne związane z energetyką odnawialną całkowicie skrytykowało zamówiony przez
Ministerstwo środowiska projekt Ustawy, wnioskując wręcz o jego odrzucenie. Stanowisko to jest całkowicie
zrozumiałe ponieważ dobre relacje z dyr. Jaworskim ułatwiają realizację planów strategicznych prezesa Mroczka,
takich jak zapewnienie jego inwestycjom łatwiejszego dostępu do sieci, możliwości ich dofinansowywania z
funduszy wspólnych wdrożeń czy zerowe stawki importowe.
Ta krytyczna opinia była półoficjalnym powodem podmiany projektów.
Perfidią nowego projektu w wykonaniu dyrektora Jaworskiego jest podporządkowanie energetyki odnawialnej
interesom elektroenergetyki zawodowej, a pominięcie roli i interesów samorządów terytorialnych, inwestorów,
lokalnych wytwórców zielonej energii.
Perfidię tą potwierdza wypowiedŹ wiceprezesa Polskich Sieci Energetycznych SA na Forum Energetyki Wiatrowej
(założonym także przez prezesa Mroczka), że "PSE SA nie jest upoważnione do decydowania o strategii rozwoju
energetyki odnawialnej w Polsce i może działać wyłącznie w granicach wyznaczonego prawa".
Chciałoby się dodać, "prawa stanowionego przez nas".
Podsumowanie
Nasuwa się pytanie, dlaczego jednym z bohaterów tej historii uczyniłem prezesa Mroczka?
Przecież, powie ktoś, nie jest on jedynym aktorem przedstawienia pod tytułem "Odnawialne Źródła energii".
Zgadza się, ale jedynym skutecznym. I nie ma w tym nic nagannego. Tej skuteczności należałoby życzyć pozostałym.
Na tle poczynań pana Prezesa bardziej wyraziście widać mizerię działań Ustawodawcy, którego zadaniem nie
jest skłócanie środowisk, ignorowanie głosów od lat związanych z energetyką odnawialną, często prymitywnymi
kombinacjami i warcholstwem, układanie się z jedną ze stron w imię nieprzejrzystych interesów, tylko stworzenie
neutralnej płaszczyzny dla porozumienia i merytorycznej dyskusji zainteresowanych podmiotów oraz zadbanie,
aby argumenty słabego jeszcze sektora energetyki odnawialnej nie były zdominowane przez oligarchów
energetycznych. Kolejna Ustawa, którą odrzuci Trybunał Konstytucyjny nie jest nam potrzebna, bo w tym przypadku
ciążą na rządzie zobowiązania wobec własnych obywateli i prawnie wiążące zobowiązania wobec UE. A bez pilnego
ustanowienia dobrego prawa w tym zakresie niewiele można zdziałać, bo wytwarzanie energii ze Źródeł odnawialnych
nie jest jeszcze w pełni opłacalnym zajęciem.
Z ostatniej chwili
Inicjatywa stworzenia rządowego projektu Ustawy o odnawialnych Źródłach energii upadła. Przedstawiciele
właściwych ministerstw doszli do wniosku, że ostateczna forma projektu ustawy dyrektora Departamentu
Instrumentów Ochrony środowiska nadaje się tylko do "kosza".
23 lutego b.r. dyrektor Jaworski ponownie wysłał zaproszenie do odbycia serii spotkań z zainteresowanymi
organizacjami, towarzystwami, komitetami itd., mających na celu dyskusję na temat tworzenia kolejnego projektu
Ustawy o odnawialnych Źródłach energii.
Innymi słowy, chce konsultacji społecznych, które wcześniej przez ponad pół roku prowadził tak, że efektem był
nie rządowy projekt Ustawy, tylko kilka małych zmian w Prawie energetycznym. Myślą przewodnią zaproszenia jest
znowu Dyrektywa 2001/77/EC Unii Europejskiej w sprawie promocji energii elektrycznej ze Źródeł odnawialnych na
wewnętrznym rynku energii elektrycznej.
A to oznacza tematyczne ograniczenie konsultacji do świadectw pochodzenia i zielonych certyfikatów. I tak jest
napisane w zaproszeniu.
Ani słowa o innej dyrektywie Unii Europejskiej, a mianowicie Dyrektywie o wydajności energetycznej budynków
2001/0098/(COD), promującej wykorzystanie energii odnawialnej w budownictwie, czyli tam, gdzie istnieją
największe możliwości oszczędzania energii przy wykorzystaniu energii ze Źródeł odnawialnych.
Oznacza to totalne zlekceważenie nie tylko idei Ustawy o odnawialnych Źródłach energii, ale wszystkich tzw.
małych inwestorów, czyli budowniczych i posiadaczy termicznych instalacji słonecznych, instalacji
fotovoltaicznych, pomp ciepła, małych elektrowni wodnych, małych siłowni wiatrowych. Nie wspomina się w
zaproszeniu o miejscu i roli samorządów ani w procesie tworzenia prawa, ani w nim samym.
Dyrektor znowu ciągnie ten sam wóz, na którym miejsce jest tylko dla swoich, a reszta powinna zadowolić się
możliwością wydania głosów, których i tak nikt nie będzie słuchał.
Może jego przełożony, minister Podgajniak, ukróci wreszcie niecne praktyki wysokiego urzędnika państwowego
marnującego pieniądze podatników i czas ponownie "zaproszonych" do dyskusji podmiotów, i wymieni go na bardziej
kompetentnego.
|
|
 |
|
|